Pogoda w Sztokholmie ostatecznie się złamała. Nieśmiałe przebłyski słońca, które pojawiały się na niebie przez ostatni tydzień ustąpiły miejsca szarości. Na dodatek cały czas pada i nieprzyjemnie wieje. Taka aura sprzyja zadumie i refleksjom. W ostatnim poście było trochę smutno. Pisałam o poczuciu braku przynależności do miejsca i tęsknocie za domem. Dzisiaj będę brzmiała bardziej pozytywnie. To będzie krótka dziękczynna notka.
Czasem tęsknisz za czymś co zostawiłaś/eś za sobą. Masz wrażenie, że przyjaciele z przeszłości to najlepsze co cię spotkało. I być może tak jest. Ale moja refleksja na dzisiaj brzmi. Czasem wystarczy jeden przyjaciel, ale prawdziwy. Tak często narzekam na samotność tutaj w Sztokholmie. Mam wrażenie, że tak wiele mnie omija. Tak ciężko jest budować nową siatkę znajomych, zaufać nowym osobom w naszym życiu. Zwłaszcza, że mój wiek to tzw. okres produkcyjny. Większość osób właśnie skupia się na zakładaniu swoich rodzin i nie w głowie im nawiązywanie nowych przyjaźni. Dochodzi do tego bariera kulturowa i językowa. Na szczęście ostatnio pojawiły się dwie nowe osoby w naszym życiu. Przeniosły się z naszego starego wrocławskiego świata i są tu z nami w tej szwedzkiej rzeczywistości. W sumie nie znamy się dobrze, ale ja już czuję jakbyśmy się znali latami :) I to własnie dla nich jest dzisiejsza notka. Nieważna jest ta siatka znajomych, możesz mieć ich dziesiątki, setki, ale w chwili gdy będziesz potrzebować pomocy liczy się tylko ten jeden/jedna, która wyciągnie do Ciebie pomocną dłoń. Dzięki Irmina i Michał :)
Zapraszam na pierwszy wpis z cyklu "Złota dziesiątka". Raz na jakiś czas będę wam przedstawiała zestawienie różnych produktów, zachowań cech, które lubię, nie lubię, cenię, warto zobaczyć itp. itd. Czasem będą one dotyczyły Szwecji, a czasem nie. W dzisiejszym odcinku zaczynamy od mocnego uderzenia. Co mnie "wkurza" w Szwecji i Szwedach.
1. Płatne toalety
Dla własnego zdrowia psychicznego i fizycznego lepiej mieć zawsze przy sobie drobne w portfelu. Jeżeli poczujesz nagłą potrzebę udania się w ustronne miejsce, ze świecą w ręku możesz szukać darmowej toalety. Kasownik na klamce to norma i znajdziesz go nawet w McDonaldzie, bibliotece, na stacji kolejowej czy galerii handlowej. Jeżeli zaś wpadnie ci do głowy pomysł żeby ukradkiem skorzystać z toalety w jakiejś restauracji licz się z tym, że kelner ostentacyjnie zapyta się ciebie czy zamówiłeś coś w lokalu, a w przypadku odpowiedzi odmownej wyprosi za drzwi. Szwedzkie myto zazwyczaj wynosi 5 albo 10 kr. Automat nie wydaje drobnych i nie przyjmuje mniejszego nominału.
2. Kardamon w słodkich wypiekach
Jak już wspomniałam we wpisie Tajemniczy składnik Szwedzi dodają kardamon do większości wypieków. Jeżeli tego nie lubisz, tak jak ja, możesz sobie jedynie popatrzeć na te wszystkie kannelbullar, saffranbullar, muffiny, pączki itd. Cynamon+kardamon to norma. Grrrr
3. Żwir na ulicach
W Polsce narzekałam na sól, która niszczy buty, a teraz narzekam na żwir, który do nich wpada. Zimą jest śnieg. Śnieg utrzymuje się całą zimę. Zima w Szwecji trwa od grudnia do kwietnia. To oznacza, że przez 5 miesięcy na chodnikach zalega paskudny szary żwir. Małe kanciaste kamyczki, które wpadają do buta i kłują cię w stopy. Zatrzymasz się, wytrzepiesz je z buta, a za 3 minuty historia zaczyna się na nowo. Wolę już tą sól...
4. System bolaget
Właściwie nie obchodzi mnie, którą kabzę nabijam kupując wino. Jeżeli w Szwedzi lubią zapełniać tą państwową, to niech tak będzie. Ale fakt, iż alkohol można kupić tylko w jednej sieciówce, która jest otwarta w tygodniu do godziny 18, w sobotę do 15 a w niedzielę jest zamknięta, doprowadza mnie do szału!!! I to nie dlatego, że mam jakiś problem z alkoholem. Chcę zrobić risotto w niedzielę, ale nie mam białego wina. Rozwiązanie? Robię gołąbki.
5. Równość= taki sam/sama
W Szwecji równość to podstawa funkcjonowania społeczeństwa. Kobieta ma takie sama prawa jak mężczyzna. Z tym jak najbardziej się zgadzam. Ale co to oznacza w praktyce dla Szweda? Że kobieta jest taka sama jak mężczyzna. A z tym nie potrafię się już zgodzić. Pewnie dlatego tak często dostaję drzwiami w nos, łudząc się, że kolega który idzie przede mną przytrzyma je dla mnie.
6. Każdy ma iPhona i białe conversy
Szwedzka równość objawia się też w innym aspekcie. Równy oznacza wszyscy mamy to samo. Dlatego iphone to jedyny słuszny telefon, a białe, wytarte conversy to buty, które noszą wszystkie pokolenia, praktycznie do każdego stroju. A niech cię ręka nie świerzbi, żeby kupić czerwone. Białe i już!!!
7. Kabiny prysznicowe
Zawsze chciałam mieć swoje własne bajorko. Tylko nie w łazience!! A tak się niestety dzieje po każdej mojej kąpieli. Szwedzi bowiem nie znają brodzika. Dziura w podłodze to standard.
8. Wynajem/kupno mieszkania
W kraju, który ma większą powierzchnię niż Polska, żyje jakieś 30 milionów mniej ludzi. Wydawałoby się więc, że miejsca jest sporo, prawda? Otóż nie w Sztokholmie. Wynająć tu mieszkanie to droga przez mękę. Dodatkowo, za tą mękę musisz jeszcze słono zapłacić. Kupno natomiast, to kolejny problem, ponieważ wymogiem jest uzbieranie 15% wkładu własnego. Przy niebotycznie wysokich cenach nieruchomości jest to zwyczajnie ciężkie do osiągnięcia, nawet dla dobrze zarabiającej osoby. Temu zagadnieniu poświęcę jednak w przyszłości osobny wpis.
9. System kolejkowy
"Następny"! To słowo jak i stanie w kolejkach większości Polaków kojarzy się raczej pejoratywnie. W Szwecji natomiast, to norma. Automat z numerami stoi praktycznie w każdym publicznym miejscu typu, instytucje, urzędy, przychodnie lekarskie, biblioteki, banki, a nawet niektóre sklepy. Także proponuję uzbroić się w cierpliwość.
10. Brak poczucia humoru i dystansu do swojego kraju
To jest cecha, którą zauważyłam u wielu Szwedów i która mnie okropnie irytuje. No przecież wiem, że nikt nie lubi śmiać się ze swojego podwórka. Ale trochę dystansu....Każdy kraj ma wady i zalety. Stwierdzenie, że Szwedzi ubierają się tak samo, nie powinno wywoływać trzeciej wojny światowej, względnie kolejnej zimnej wojny. Szwedzi są zdecydowanie zbyt poważni i zbyt często sprawiają wrażenie jakby połknęli kij od szczotki. Więcej luzu :)
To tyle na dzisiaj. Z pewnością mogłabym wymienić więcej rzeczy, ale ograniczyłam się do tych 10, które mnie irytują najbardziej. A wy macie jakieś inne sugestie? A może macie taką złotą dziesiątkę dla Polski? Zapraszam do dyskusji :)
Jesienna aura sprzyja nostalgii. Słonce gdzieś zniknęło i gęste szare chmury na stałe zagościły na szwedzkim niebie. Ja w taką pogodę wolny czas najchętniej spędzam w domu. Z dobrą książką, kubkiem herbaty i natłokiem myśli. Niedawno minął rok, jak zawitałam do tego zimnego kraju. Czas zleciał niesamowicie szybko, a jednocześnie mam takie wrażenie jakbym mieszkała tu od zawsze. Nie pamiętam jak to jest budzić się we Wrocławiu, jeść w biegu śniadanie i spieszyć się na tramwaj, który zawozi mnie codziennie do pracy. Jak to jest wyjść z koleżankami do kina na jakąś dobrą komedię, a potem na piwo do Mleczarni. W niedzielę odwiedzić babcię i pójść na spacer do Parku Szczytnickiego. Mieć wokół siebie przyjaciół, tych bliższych i dalszych. Rozumieć o czym mówią ludzie w autobusie i na ulicy. Kupić biały ser w spożywczaku i kajzerki w Hert. Jakie to uczucie umówić się z dziewczynami na sobotnią imprezę, wpaść do Maniany czy Schodów donikąd. W niedziele obudzić się z kacem,włączyć sobie Dzień dobry TVN i oglądać je w łóżku z kubkiem kawy z mlekiem. Nie pamiętam też zupełnie jak to jest wejść w kupę na trawniku, zostać ochlapanym przez nadgorliwego kierowcę czy czekać 30 minut na przystanku. Wszystkie te dobre i złe wspomnienia mam gdzieś w głowie. Uśmiecham się do nich, tęsknię za nimi, ale jednocześnie mam wrażenie jakby dotyczyły kogoś zupełnie innego. I teraz kiedy wieczory robią się coraz dłuższe próbuję do nich wracać, ożywiać w swojej świadomości. Ale nie czuję już tych zapachów, smaków, nie słyszę dźwięków. Mojego ukochanego miasta, moich przyjaciół i rodziny. Zamiast tego jest szwedzka kakofonia, która nic dla mnie nie znaczy. Nie jest już tak obca jak na początku, ale nadal nie jest mi bliska. Nadal jej nie rozumiem. Życie na emigracji może być ciekawe i ekscytujące. Ale są także momenty kiedy jest przepełnione tęsknotą i żalem za tym co zostawiliśmy za sobą. Za tym co powoli blaknie w naszej świadomości i za tym czego jeszcze w nowym miejscu nie mamy.
Wczoraj postanowiliśmy wybrać się na 'street market' w pobliżu Hornstull. To jeden z bardziej popularnych loppis w Sztokholmie i odbywa się w każdą niedzielę.
Loppis to w polskim tłumaczeniu pchli targ. Zauważyłam zresztą, że takie weekendowe sprzedaże uliczne są w Szwecji dosyć popularne. Jeżeli w czytance w podręczniku do nauki szwedzkiego Martin i Malin wybierają się na loppis, to coś w tym musi być. Często takie targi są organizowane lokalnie, raz na jakiś czas, a te na świeżym powietrzu można zwiedzać w sezonie wiosenno-letnim. A ponieważ jesień już na stałe zagościła w Szwecji, loppis przy Hornstull strand był w zeszłą niedzielę ostatnim w tym roku. Właściwie oprócz zwykłej ciekawości, przyciągnął mnie w to miejsce Frankie. O czym mowa? Frankie to stary, wesoły i niebieski citroen. W środku spotkać możemy przemiłą jego właścicielkę (zdaje się, że pochodzącą z Australii), która oferuje zwiedzającym targ ciepłą kawę oraz ciasta własnego wypieku. Ja przeczytałam o Frankiem gdzieś w czeluściach Internetu (http://yourlivingcity.com/blog/2013/09/13/extraordinary-expats-emma-jenkins-owner-frankies-coffee/)i postanowiłam spróbować ciastek i ujrzeć citroena na własne oczy. I tak też uczyniłam. Niestety jak zwykle zapomniałam zrobić zdjęcia ciastkom więc w ramach rekompensaty wkleję wam linka do oficjalnej strony Frankie's coffe
Jeżeli chodzi o sam targ to z pewnością jest to interesująca inicjatywa i miejsce. Miłośnicy retro i vintage znajdą tam z pewnością wiele skarbów. Natomiast Ci co w tego typu klimatach raczej nie gustują, mogą po prostu odbyć interesujący spacer w inspirującym, pachnącym bohemą środowisku. Ja w przyszłym sezonie mam zamiar wyszukiwać i odwiedzać więcej loppis, w całym Sztokholmie. Kto wie, może znajdę tam jakiś designerski ciuch bądź torebkę...A nawet jeżeli nie, to przynajmniej nacieszę oczy i poznam interesujących ludzi.
W poprzedni weekend odwiedzili nas znajomi ze Szwajcarii. Jak to zazwyczaj bywa przy tego typu okazjach, dotychczasowy mieszkaniec zamienia się w turystę i wyrusza odkrywać swoje miasto na nowo. W tym przypadku przyznaję, że nie dotrzymaliśmy kroku naszym gościom na tyle na ile byśmy chcieli. Niestety przeszkodziły nam względy zdrowotne. Chciałabym się jednak podzielić z wami fotografiami, autorstwa naszego znajomego Alexa Spenglera. Moim zdaniem, facet ma ogromny talent. A ja cieszę się, że dzięki niemu mogę wam pokazać jak piękne jest miasto, w którym mieszkam. Może dzięki temu będę miała więcej gości... :)
Ostatnio sieć zawrzała pod wpływem relacji z gali VMA, a konkretnie mówiąc, "obrazoburczego" występu byłej gwiazdy filmów Disneya Miley Cyrus. Przypomnijmy zatem nagranie tego "szokującego" przedstawienia (przepraszam, za jakość i ten biały prostokącik na środku obrazu, ale lepszego wideo nie znalazłam na YT).
Występ ten spowodował lawinę krytyki, która zalała Internet zaraz po zejściu Miley ze sceny. Takiego "międzynarodowego hejta" dawno nie widziałam. Jeżeli przejrzymy tytuły tekstów choćby z polskich portali plotkarskich możemy zobaczyć takie nagłówki jak:
-Wyuzdana Miley Cyrus
-Osbourne: "Miley, SCHOWAJ TEN KUREWSKI JĘZYK!"
-Taylor Swift śmieje się z występu Miley!
-Ojciec broni Miley! "Ona ma WIZJĘ!"
-Straciła okładkę "Vogue'a" po tym występie!
-Chce się z nią rozstać! Po tym występie...
-Miley Cyrus OSKARŻONA O... RASIZM!
To jedynie kilka przykładów tego jak pisano o tej dziewczynie. Teksty pojawiały się często nawet kilka razy dziennie i jak to zazwyczaj bywa pełne były hejtu i oderwanych od rzeczywistości spekulacji. Ilość memów która pojawiła się w abstrakcyjnie szybkim tempie w sieci jest godna podziwu. Kreatywność, a jednocześnie złośliwość Internautów nie zna granic. Właściwie napisano już tyle na temat Miley i jej występu oraz dokonano tak wielu dogłębnych analiz jej osobowości oraz przyczyn takiego, a nie innego zachowania, że nawet do głowy nie przyszło mi pokusić się o dorzucenie kolejnego tekstu do tego garnuszka. A jednak...Zdanie zmieniłam, gdy zobaczyłam nowy teledysk Miley i jego miażdżącą krytykę przez Internautów. Pomyślałam sobie BASTA. Muszę się wypowiedzieć. Ale najpierw obejrzyjcie materiał, o którym mowa.
Zgoda. Miley Cyrus poszła drogą, którą obrały sobie także Lady Gaga czy Madonna. 'Szokować i wywoływać kontrowersje' to prawdopodobnie będzie motto na kolejne lata działalności Cyrus. I choć do jej starszych i bardziej zasłużonych koleżanek wiele jej jeszcze brakuje, to młoda piosenkarka ciężko pracuje nad swoją nową kreacją i moim zdaniem z całkiem dobrym efektem. Dla mnie występ na gali VMA także był lekko niesmaczny, ale ja po prostu nie gustuje w takiej konwencji artystycznej i pewnie dlatego to do mnie nie trafia. Zastanawia mnie jednak ta fala krytyki, która uderzyła w Miley. W XXI wieku gdzie seks epatuje dosłownie z każdego kąta, gdzie przemoc i agresja pokazywane są w telewizji i Internecie 24 godziny na dobę, nagle świat postanowił zareagować. Ci wszyscy świętoszkowaci Internauci, dziennikarze i pseudo-dziennikarze, komentatorzy, "przyjaciele" piosenkarki i całą reszta ludzkości wyklęła i wyśmiała byłą gwiazdę Disneya za wypinanie w tańcu pupy w kierunku jej starszego kolegi, który również jest piosenkarzem. Właściwie fakt, iż był to występ artystyczny i pewnego rodzaju kreacja, najwyraźniej umknął uwadze większości. Cała reszta ,która jednak zdaje sobie z tego sprawę, skierowała języczek uwagi na temat wątpliwej jakości artystycznej oraz braku dobrego smaku, który przyświecał twórcom show. Jak wcześniej wspomniałam, ja także nie gustuję w tego typu konwencji, ale pomimo osobistych upodobań zwróconych w innym kierunku jestem w stanie trzeźwo i "najbardziej obiektywnie jak się da" stwierdzić, że ów performance był z całą pewnością dopracowany i przygotowany na wysokim poziomie. Miley nie fałszowała (co często zdarza się gwiazdom większego formatu), a całość koncepcji była spójna i konsekwentna. Chciała zaszokować i zwrócić uwagę na siebie całego świata i udało jej się osiągnąć swój cel. Natomiast pruderyjność mediów oraz opinii publicznej, która wydała wyrok na tę młodą dziewczynę jest dla mnie żenujący. Czy właśnie nie to chcecie oglądać w Internecie czy telewizji? Czy to nie seks i kontrowersje przyciągają największe tłumy do telewizorów i przed ekrany komputera? Czy gdyby tak naprawdę większość świata chciała oglądać Gospel takie gwiazdy jak Lady Gaga czy Madonna sprzedawałyby swoje płyty w takich ilościach? Ja twierdzę, że nie. Każda epoka ma swoją Miley Cyrus :) Kiedyś kontrowersje wzbudzał zespół The Beatles, a dzisiaj grany jest najczęściej na weselach i potańcówkach dla seniorów...( i żeby było jasne...nie stawiam Cyrus w jednym szeregu z Beatlesami).
Zatrzymam się jeszcze chwilkę przy najnowszym teledysku Cyrus "Wrecking Ball". Fakt, iż Miley huśta się nago na kuli wyburzeniowej i liże młot spowodował, iż posypały się nowe negatywne komentarze w kierunku jej osoby. Tymczasem uważam, że to jest naprawdę dobry teledysk i naprawdę dobra piosenka, w swoim gatunku. Cały klip jest zrobiony profesjonalnie i tworzy ładny obraz. Może ten fragment z lizaniem młotka rzeczywiście zakłóca lekko przekaz (mój subiektywny odbiór), ale cała reszta opowiada pewną historię. Jeżeli wsłuchamy się w słowa piosenki, możemy zauważyć, że to jest bardzo osobisty utwór. W sumie nie znam tej dziewczyny, więc to są jedynie spekulacje. Ale jeżeli nie jest to kawałek jej życia, to Miley ma niesamowitą charyzmę i talent aktorski. A fakt, iż występuje nago w teledysku ja interpretuję jako symbol. Być może tego jak bardzo odsłania się w tym utworze, a może tego jak bezbronna jest w związku z mężczyzną, którego kocha...Może pod tą nagością kryje się coś więcej? Tylko, żeby to dostrzec trzeba szukać. A żeby szukać trzeba przestać kłapać bez sensu jęzorem i powtarzać hejty innych sfrustrowanych życiem osobników.
The End
A na koniec załączam filmik, który pokazuje jaką drogę przeszła Miley Cyrus :)
Lato się kończy, a ja wracam do was z nową porcją energii i pomysłów. Nie pisałam prawie dwa miesiące i za to was wszystkich przepraszam. Bloger powinien być aktywny cały czas, choćby się waliło i paliło. A ja zrobiłam sobie wakacje od "wszystkiego". Może to nie był dobry ruch biorąc pod uwagę statystyki i rozwój mojego blogaska, ale najwyraźniej potrzebowałam tego, żeby nabrać trochę dystansu do obecnego życia. Sporo czasu spędziłam w podróżach, sporo w domu, rezygnując z codziennego wolontariatu, który był obecny w moim życiu cały poprzedni rok. Dużo myślałam (to znaczy ja z natury dużo myślę, ale tego lata myślałam więcej niż zazwyczaj :D)...Coraz bardziej jestem przekonana, że podążanie w kierunku lifestylu to dobry pomysł. Ze względu na to, że mieszkam w Sztokholmie, będę poruszała się także wokół miejscowej przestrzeni. Na pewno będą się też co jakiś czas pojawiały teksty w stylu "poradnik imigranta". Sądzę nawet, że stworzę osobną kategorię o tej nazwie. Ponieważ mam już pomysł na swoją dalszą drogę zawodową i chciałabym ją połączyć z aktywnością na blogu, czasem będę wrzucać teksty związane z tematyką "healthy way of life". To tyle z zapowiedzi...Obserwujcie i zapraszam do czytania.